Sól i światło - smak i blask Ewangelii

V Niedziela Zwykła rok A

Matka Teresa z Kalkuty, w swojej książce The Simple Path, napisała słowa: „Największą chorobą Zachodu nie jest gruźlica ani trąd, lecz bycie niechcianym, niekochanym i pozbawionym troski”. Te słowa, odczytane w świetle dzisiejszych czytań, stawiają przed nami fundamentalne pytanie: czy nasze chrześcijaństwo jest tylko na pokaz i ma być jedynie widoczne, czy raczej ma mieć przełożenie na nasze życie i być czytelne? Czy nasza wiara ma ten szczególny smak, który sprawia, że życie staje się bardziej ludzkie, bardziej godne, bardziej pełne nadziei?

Współczesny świat często przypomina wielki spektakl, w którym najgłośniej krzyczą ci, którzy mają najmniej do powiedzenia, którzy wszystko sprowadzają do materialnego wymiaru i nie chcą dostrzec wartości duchowych i moralnych. Tacy ludzie stają się cynikami. Oscar Wilde napisał, że cynik to człowiek, który „zna cenę wszystkiego, a nie zna wartości niczego”. Znamy ceny mieszkań, kursy walut, oprocentowanie kredytów, promocje w marketach. Potrafimy godzinami porównywać parametry telefonów, samochodów czy wakacyjnych ofert. To wszystko sprawia, że żyjemy w czasach, gdy centrów handlowych mamy więcej niż domów kultury, gdy portale informacyjne codziennie bombardują nas reklamami, a jednocześnie – w blokach, w domach, w mieszkaniach za ścianą – żyją ludzie samotni, starsi, zagubieni, przytłoczeni nie tylko codziennymi ciężarami, ale przede wszystkim brakiem sensu życia i ciepła ludzkiej bliskości. W tej rzeczywistości Jezus stawia przed nami obraz odmienny, a jednocześnie niezwykle prowokujący. Nie prosi nas, abyśmy stali się celebrytami wiary ani influencerami Pana Boga. Używa metafor: soli i światła.

Sól ma to do siebie, że jej nie widać, gdy spełnia swoje zadanie. Rozpuszcza się, znika, tracąc swoją formę, by nadać smak czemuś innemu. Hans Urs von Balthasar pisał, że miłość chrześcijańska nie polega na patrzeniu na siebie, ale na byciu „dla” – dla Boga i dla bliźniego. To paradoks chrześcijańskiego życia: aby być skutecznym, trzeba umieć „zniknąć”, zrezygnować z bycia w centrum uwagi na rzecz wydobycia dobra z drugiego człowieka.

Potwierdza to prorok Izajasz, który ukazuje nam cechy autentycznej religijności w życiu codziennym. Nie mówi o wielkich akcjach ani heroicznych gestach. Mówi o codziennych decyzjach, które sprawiają, że „twoje światło wzejdzie w ciemności”. Nie chodzi o mnożenie postów, nabożeństw czy zewnętrznych praktyk, ale o konkretne gesty miłosierdzia: nakarmić głodnego, przyjąć bezdomnego, odziać nagiego, nie odwracać się od bliźniego.

Drugi obraz to światło, które dopełnia metaforę soli. Często boimy się, że nasze światło jest zbyt słabe, że nasze życie jest zbyt popękane, by mogło kogokolwiek zainspirować. Leonard Cohen śpiewał: „We wszystkim jest pęknięcie. To właśnie tamtędy wdziera się światło” (Anthem: There is a crack, a crack in everything / That’s how the light gets in). Nasze słabości, jeśli są powierzone Bogu, stają się miejscem, przez które Jego łaska może dotrzeć do innych.

Przykładem tego jest Paweł Apostoł, który w Liście do Koryntian przyznaje się do słabości. Nie próbuje imponować elokwencją ani mądrością tego świata. To niezwykle wymowne dzisiaj, w kulturze, która często nagradza pewność siebie i siłę przekazu, a nie prawdę. Paweł pokazuje, że wiara rodzi się z mocy Boga. Świadectwo nie polega na tym, by wszystkich przekonać argumentami, ale by żyć Ewangelią tak, aby inni mogli zobaczyć jej owoce. Chodzi o to, „aby wiara … opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej” (1 Kor 2,5). Gdy tego Bożego fundamentu zabraknie, w życiu człowieka zaczyna się dziać to, o czym pisał papież Franciszek w Evangelii gaudium: „Kiedy życie wewnętrzne zamyka się we własnych interesach, nie ma już miejsca dla innych, nie liczą się ubodzy, nie słucha się już więcej głosu Bożego, nie doświadcza się słodkiej radości z Jego miłości, zanika entuzjazm związany z czynieniem dobra” (EG 2).

W jednym z reportaży „The Guardian” opisano historię pielęgniarki pracującej na oddziale paliatywnym, która powiedziała: „Ludzie pod koniec życia rzadko mówią o sukcesie. Mówią o relacjach i o tym, czy byli dla kogoś dobrzy”. To zdanie, wypowiedziane poza Kościołem, brzmi jak wyraźne potwierdzenie prawdy Ewangelii. Dobro, które czynimy, nie znika. Ono zostaje w sercach innych i często staje się jedynym światłem w ich ciemności.

W dzisiejszej polskiej rzeczywistości, pełnej sporów i nieufności, bycie światłem i solą jest aktem odwagi – odwagi, która wymaga wyjścia poza strefę komfortu własnej grupy czy „bańki informacyjnej”. Kiedy Jezus mówi: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”, nie chodzi Mu o to, byśmy chwalili się swoją pobożnością. Chodzi o to, by nasze życie było tak przesiąknięte Ewangelią, aby ludzie, patrząc na nas, zobaczyli w nim odblask Bożej miłości.

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie w moim najbliższym otoczeniu brakuje smaku i światła? Może to jest małżeństwo, które – jak to się dzisiaj mówi – „jedzie na autopilocie”, bez czułości, bez rozmowy. Może relacja z dzieckiem, które widzi nas bardziej zmęczonych i rozdrażnionych niż obecnych. Może praca, w której zamiast współpracy rządzą zawiść i „wyścig szczurów”.

Na koniec warto zastanowić się nad tym, czy chcę być widocznym, czy raczej czytelnym znakiem. Jeśli chcemy być czytelnym znakiem, wyjdźmy z tego kościoła nie jako lepsi od innych, ale jako ci, którzy niosą w sobie iskrę nadziei. Słowa Chrystusa: „Wy jesteście solą ziemi. Wy jesteście światłem świata” – nie są komplementem, ale przesłaniem, które jest skierowane do każdego człowieka, żyjącego także w Polsce, w tym konkretnym czasie. To przesłanie brzmi: właśnie Ciebie chcę użyć, by ten świat znów poczuł smak dobra i zobaczył choć trochę więcej światła.